Archiwum dla kategorii: ‘Wydarzenia

Listy do św. Mikołaja

piątek, listopad 25, 2011

Pamiętam ten “mistyczny” zapach św. Mikołaja w świeżo wywietrzonym pokoju, przepełnionym mroźnym, zimowym powietrzem…
Pech chciał - to wietrzenie, podczas którego smarkacze szybciutko musiały opuścić pokój, zawsze zbiegało się z wizytą Mikołaja, który właśnie tutaj był przed chwilą. Jeszcze w powietrzu czuć było jego zapach, ale znów nie udało się zobaczyć go osobiście. Spieszno mu było pewnie do innych dzieci…

Na zawsze zapamiętam dzień, w którym w końcu Mikołaja udało się spotkać…

Mój wujek, który jest aktorem zrobił nam niespodziankę i za to wspomnienie jestem mu dozgonnie wdzięczna. Wypożyczył z teatru profesjonalny strój mikołajski, przykleił fachową brodę, zapakował prezenty w klasyczny, wielki, czerwony wór, który wrzucił na sanie…i ruszył wieczorową porą na przejażdżkę przed naszymi oknami. Nie tak ostentacyjnie. Szedł z wolna, zdrożony, jakby przybywał z bardzo daleka.
A my akurat wtedy wraz z bratem pilnie wypatrywaliśmy Mikołaja przez szybę okna. Na niebie, czy nie mknie na saniach, zaprzężonych w renifery, na dachach domów, czy przypadkiem nie wciska się do komina, na ziemi, czy nie idzie piechotą…W tym mroku bacznie śledziliśmy każdy przesuwający się cień i postać…I nagle pojawił się On na horyzoncie!
Brodził przez śnieg (6.12. bodajże 1984 roku był śnieg!) , ciągnąc sanie, na których znajdował się wielki wór z prezentami. Zaczęliśmy z bratem potwornie tłuc się w szyby, chcąc zwrócić jego uwagę, krzycząc “Mikołaju, tutaj jesteśmy!!!”…
Mikołaj przyszedł wówczas z wizytą. Widocznie usłyszał ;)
Pamiętam jak przez mgłę, nadzwyczaj cicho wówczas mówił. Z tej wizyty wiele nie pamiętam, zapewne z oszołomienia i onieśmielenia spotkaniem ze świętym. Jednak widok “prawdziwego” Mikołaja z okna był absolutnie niesamowity, niemogący równać się z niczym innym!

Jak wszystkie dzieci, pisaliśmy z bratem listy do św. Mikołaja, które przyklejaliśmy do zewnętrznej szyby okna.
Po jakimś czasie i codziennym sprawdzaniu stanu korespondencji, ku naszej radości, listy w końcu znikały…
A w listach tych na ogół prosiliśmy z bratem o różne wymarzone zabawki, rokorocznie i bezskutecznie upominaliśmy się o kijki do nart (które ktoś wcześniej ukradł nam z klatki schodowej), kończąc tę litanię, może mało eleganckim, zdaniem “a resztę przynieś, co chcesz”. I zwykle ten Mikołaj, który pewnie nie mógł sprostać tym życzeniom i zachciankom przynosił to, co chciał…;)
Dlatego dziś wzruszam się i uśmiecham do siebie za każdym razem, jak widzę taki list przyklejony do szyby okna. Ktoś czeka…

Poniżej listy małych podopiecznych krakowskiego Hospicjum im. J. Tischnera, które co roku organzuje akcję Zostań św. Mikołajem. Każdy, kto chciałby wziąć udział w tym przedsięwzięciu może wybrać jeden z listów, publikowanych na stonie hospicjum i spełnić marzenia dzieci…
Niektóre listy są bardzo konkretne, o ściśle sprecyzowanych parametrach zabawek…niejednego Mikołaja mogą skonfudować ;), ale może warto choć raz nim zostać?

List do św. Mikołaja od jednego z małych podopiecznych krakowskiego Hospicjum im.J.Tischnera

List do św. Mikołaja od jednego z małych podopiecznych krakowskiego Hospicjum im.J.Tischnera

Gwiazdka dla zwierzaka 2011

poniedziałek, listopad 21, 2011

Carl Larsson

Carl Larsson

Po raz kolejny Krakowskie Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami organizuje coroczną zbiórkę darów dla podopiecznych Schroniska dla Bezdomnych Zwierząt. Akcja skierowana jest do placówek szkolno-wychowawczych. Klikając na napis: Gwiazdka dla Zwierzaka 2011 można dowiedzieć się więcej o tym przedsięwzięciu.

Ponadto na stronie schroniska można dowiedzieć się, czego zwierzakom najbardziej potrzeba.
Ja jutro zamierzam zawieźć kilka pledów i stary, nieużywany śpiwór. A nóż ktoś ma jeszcze na wydaniu zbędny, skocurzony koc, w końcu idzie zima, nie ma na to rady…
Jak coś podaję adres:
SCHRONISKO DLA BEZDOMNYCH ZWIERZĄT
KRAKÓW ul.Rybna 3

Hubertus

sobota, październik 29, 2011

Hubertus - święto myśliwych, leśników i jeźdźców, organizowane przez myśliwych na początku sezonu polowania jesienno-zimowego, zwykle w okolicach 3 listopada. Nazwa pochodzi od świętego Huberta (patrona myśliwych i jeźdźców).
W Polsce kult św. Huberta, nazywany Hubertowinami lub Hubertusem, sięga XVIII wieku, czasów panowania w Polsce dynastii Wettynów, rozmiłowanej w polowaniach.
Do dziś w polskiej tradycji łowieckiej dzień św. Huberta jest okazją do polowania zbiorowego o charakterze szczególnie uroczystym, z zachowaniem historycznych wzorców i ceremoniałów (m.in. sygnałów łowieckich).
Organizowane tego dnia polowania poprzedzają często msze święte w intencji przyrody i myśliwych. Co ciekawe, w nabożeństwach uczestniczą zwierzęta używane podczas polowań, m.in. psy, sokoły czy konie…

LEGENDA O ŚW. HUBERCIE

Podłóg jednej z legend św. Hubert, będący poganinem, polował w Wielki Piątek (lub Boże Narodzenie). Wówczas natknął się w lesie na białego jelenia z krzyżem jaśniejącym pomiędzy porożem. Zwierzę miało przemówić do niego ludzkim głosem, zachęcając do nawrócenia i oddania się w służbę Bogu. Św. Hubert uznał tę słowa za przestrogę, nawrócił się i został katolickim kapłanem, a potem biskupem.

Hubertus. Po nabożeństwie w kościele Mariackim

Hubertus. Po nabożeństwie w kościele Mariackim

Idą. W drodze do kościoła Mariackiego

Idą. W drodze do kościoła Mariackiego

Rosz Haszana. Żydowski Nowy Rok

piątek, wrzesień 30, 2011

28 września rozpoczął się 5772 rok w kalendarzu żydowskim.
Rosz Haszana to jedno z najważniejszych świąt, obchodzone na przełomie września i października. Upamiętnia ono rocznicę stworzenia świata.
Jest to również czas, kiedy Bóg ocenia ludzi i zapisuje ich losy albo w Księdze Życia – sprawiedliwych albo w Księdze Śmierci – zatwardziałych grzeszników. Wszystkich pozostałych Bóg jeszcze osądzi i zdecyduje o ich losach. Tym ostatnim wyznacza się czas dziesięciu dni na poprawę - do Jom Kipur (Dnia Pojednania). Wówczas to trzeba skupić się na pokucie i żalu za grzechy. Prosi się o wybaczenie Boga, ale i ludzi, wobec których się zawiniło.
Owe dziesięć dni dzielące Rosz Haszana od Jom Kipur to tzw. Jamim Noraim (Straszne Dni). Stąd popularne w tym okresie życzenia „Obyście zostali zapisani na dobry rok”.

Rosz Haszana jest więc czasem, w którym człowiek przeżywa swą duchową odnowę. Jest świętem radosnym, pełnym wiary w miłosierdzie Boże.
Modlitwy w synagodze rozpoczynają się tego dnia wieczorem. Pobożni Żydzi dokonują rachunku sumienia przed Bogiem. W czasie modłów rozlega się dźwięk “szofaru” - rogu kozła lub barana, który jest nawoływaniem do skruchy i żalu za grzechy. Stąd też pochodzi inna nazwa tego święta “Święto Trąbek”. W żadnym razie nie może być to róg wołu, gdyż przypominałby on o grzechu złotego cielca.

Rosz Haszana - żydowski Nowy Rok. Zdjęcie pochodzi z interia.pl

Rosz Haszana - żydowski Nowy Rok. Zdjęcie pochodzi z interia.pl

Ważna jest tutaj także symbolika potraw, które spożywa się podczas uroczystej kolacji pierwszego wieczoru Rosz Haszana. Odmienna niż w inne święta, okrągła chała, którą stawia się na środku stołu, oznacza pełnię, pomyślność oraz kolisty roczny cykl żydowskiego życia. Kawałki ciasta macza się w miodzie, tak jak i plasterki marchwi oraz jabłek, by następny rok był pomyślny, równie “słodki”. Popularnym daniem jest również ryba z zachowaną głową, gdyż Rosz Haszana jest jakby “głową roku”, a jedno z życzeń noworocznych brzmi: “Niechaj Bóg sprawi, żebyśmy byli głową, a nie ogonem”.

Z Rosz Haszana wiąże się również piękny zwyczaj Taszlich (hebr. “wyrzucisz”), który odnosi się do słów Pisma Świętego: „Znowu zmiłuje się nad nami, zmyje nasze winy i wrzuci w głębiny morza wszystkie nasze grzechy…”. W noworoczne popołudnie Żydzi udają się nad rzekę czy jezioro i z kieszeni wyrzucają do wody okruchy, symbolicznie oczyszczając się z grzechów.

Parkuje się tam, gdzie się mieszka

środa, wrzesień 7, 2011

Pamiętam pewną scenkę rodzajową z mojego byłego osiedla oficerskiego, zdominowanego mentalnie przez nierzadko zdziwaczałych, emerytowanych wojskowych. A działy się tam różne rzeczy, z których czerpać pełnymi garściami mógłby reżyser “Rejsu” Marek Piwowski…
Pewnego słonecznego dnia przyjechali do nas znajomi z psem. Zaparkowali pod naszym blokiem. Widząc to sąsiad (były kontrwywiadowca) zza firany krzyknął: “tu się nie parkuje”. Znajomi, zaskoczeni głosem znikąd, nie przejęli się uwagą i kontynuowali rozpakowywanie samochodu. Zirytowany głos zza firany odezwał się ponownie “parkują i jeszcze coś trzepią”, ale znajomi i tę uwagę zignorowali. Zdeterminowany kontrwywiadowca krzyknął ze swojej kryjówki “parkuje się tam, gdzie się mieszka!”.
I to kultowe zdanie jakże jest aktualne w dzisiejszej sytuacji…

Dziś próbowaliśmy przedłużyć abonament na parkowanie w strefie C na Kazimierzu w “pałacu” ZiKiT przy ul. Smolki (jakby ktoś nie wiedział powstało nam nowe państwo w państwie. Więcej o przepysznej rezydencji Biura Strefy Parkowania tutaj).

Okazało się jednak, że zakupu abonamentu zniżkowego za 10 zł/miesiąc nie może już dokonać osoba zameldowana tymczasowo na Kazimierzu (a co z tymi, którzy wynajmują mieszkanie?). Co więcej, na jeden adres może być tylko jeden samochód (sic!)…a co z tymi rodzinami, które posiadają dwa auta, niezbędne do pracy i życia w mieście? Wtedy za drugi samochód mogą “se” kupić abonament za 250 zł/miesiąc. Proste.
Jak stwierdziła jedna, mądra radna “życie w centrum musi kosztować” (a co z tymi, którzy mieszkają w lokalach komunalnych i nie mają możliwości zmiany miejsca zamieszkania?). Ponadto sprytni radni ukrócili popularny proceder “użyczania” wozu, tak więc wykupić abonament może tylko osoba zameldowana na stałe i tylko ta, na którą jest zarejestrowany samochód…
Te durne przepisy nie poprawią wcale sytuacji, gdyż teraz jeszcze większa fala parkujących ruszy na przepełnione już Podgórze.
Kiedy usłyszałam dziś o tych wspaniałomyślnych zmianach wpadłam w dziki szał.
Podobno w połowie miesiąca uchwała ma być ponownie przedyskutowana przez Wielce Szanownych Radnych…oby poszli po rozum do głowy.
Najpierw wypadałoby stworzyć miejsca parkingowe w przystępnych cenach, popracować nad komunikacją miejską, a dopiero potem wprowadzać surowe restrykcje, utrudniające życie tym, którzy mieszkają i pracują w centrum.
Jaką mam pewność, że płacąc abonament 250 zł/miesiąc będę miała o każdej porze dnia wolne miejsce do parkowania przed domem? Do tej pory wcale nie było to takie oczywiste.

Co ciekawe, będąc już dumnym i szczęśliwym posiadaczem karty parkingowej Strefy C, nie mogę bezpłatnie zaparkować dwie ulice dalej w Strefie B, co do tej pory było możliwe.
Zatem wracamy do punktu wyjścia - parkuje się tam, gdzie się mieszka…

Nie pozostaje w tej sytuacji nic innego, jak zawrzeć papierowe małżeństwo dla umożliwienia parkowania w strefie C. Na to radni jeszcze nie wpadli, a ja zamierzam za kilka dni ich przechytrzyć… ;)

Ufff, trochę ulżyło…

Epilog:
Dziś zakupiliśmy abonament za 250 zł/miesiąc. Choć nasz poprzedni abonament był ważny do dnia wczorajszego tj. 7.09. to nowy trzeba kupić od początku miesiąca…Draństwo, idiotyzm i zdzierstwo!!!

Pochód Lajkonika 2011

niedziela, czerwiec 19, 2011

W czwartek (30 czerwca 2011 ok. godz. 12.00), jak każdego roku w oktawę Bożego Ciała, z dziedzińca klasztoru Norbertanek na Zwierzyńcu wyrusza do centrum miasta niezwykły korowód. Główną postacią jest Lajkonik. Towarzyszy mu barwna kapela zwana “Mlaskotami”. Ciekawy strój Lajkonika zaprojektował Stanisław Wyspiański w 1904 roku (oryginał stroju przechowywany jest w Muzeum Historycznym Miasta Krakowa). Charakteryzacja ma przypominać chana tatarskiego.
Natomiast projekty strojów świty Konika Zwierzynieckiego sporządziła Krystyna Zachwatowicz.

Po złożeniu ukłonu przełożonej klasztoru oraz proboszczowi w klasztornym kościele, Lajkonik ugania się wśród publiczności, budząc zachwyt, a czasem przerażenie w oczach małych krakowiaków i krakowianek. Lajkonik zbiera datki, a jako zapłatę można otrzymać uderzenie buławą, co ma przynosić szczęście.

Dalej barwne towarzystwo udaje się do Rynku Głównego. Marsz trwa ok. 2-3h. Orszak po drodze wstępuje do różnych restauracji, aby się posilić jedzeniem i trunkiem, a przy okazji odebrać należny haracz. Cały czas pochodowi towarzyszy piskliwa muzyka mlaskotów.

Lajkonik

Około godziny 18.00 w Rynku Głównym przed Ratuszem Lajkonik wykonuje swój obrzędowy taniec, po czym od przedstawicieli miasta Lajkonik otrzymuje pękatą od pieniędzy skórzaną sakiewkę oraz puchar wina. Tradycyjną zabawę kończy kolacja w restauracji „Hawełka”.

Legenda powiada, iż ok. roku 1281 Tatarzy szykowali się po raz kolejny do ataku na Kraków. Był to dzień Bożego Ciała. Hordę tatarską zauważyli włóczkowie (flisacy), którzy spławiali na tratwach drewno z Tyńca. Po pokonaniu nieprzyjaciół jeden z włóczków przebrał się w strój dowódcy tatarskiego i tak triumfalnie wkroczył do miasta. Witano go radosnymi okrzykami, ciesząc się, iż do spustoszenia miasta po raz kolejny nie doszło.

Powyższa legenda została spisana w XIX wieku.
Trzeciego najazdu Tatarów w 1281 roku nie było, a święto Bożego Ciała wprowadzono w Polsce dopiero w XIV w. Nie oznacza to jednak, iż Lajkonik nic, a nic wspólnego z najazdami Tatarskimi nie ma. Przekazywana z pokolenia na pokolenie tradycja ustna mogła ulec deformacji, a sam zwyczaj w późniejszym okresie mógł zostać połączony z obchodami Bożego Ciała.

Pierwsze pisemne wzmianki o pochodach Lajkonika pojawiły się dopiero w XVIII w. !
Nazwa „Lajkonik” może z kolei pochodzić od okrzyku: „lej” (bij), którymi publiczność mogła zachęcać „Konika Zwierzynieckiego” do wymierzania razów buławą. A może od słów przyśpiewki: „Hulaj, hulaj koniku”? Nadal niejasnego pochodzenia pozostają barwne stroje o cechach wschodnich. Może mieć to związek z toczonymi przed wiekami walkami z Tatarami. W Krakowie podobno istniała niegdyś kolonia jeńców tatarskich na wyspie wiślanej naprzeciw Wawelu, z którymi włóczkowie zapewne mieli częsty kontakt. Być może stąd osobliwy wygląd strojów i rekwizytów.

Warto wybrać się z dziećmi!

Na podstawie książki Juliana Zinkow “Krakowskie podania , legendy i zwyczaje”